Doceniam okładki

Liliana Fabisińska

przez

Dziś wyjątkowe wydanie cyklu “Doceniam okładki”. Wyjątkowe z wielu względów – po pierwsze: ostatnie w okresie wakacyjnym, po drugie: ukazuje się w środę, a nie jak zwykle we wtorek, po trzecie: gościem jest Liliana Fabisińska, autorka i współautorka tylu książek (szczególnie dziecięcych/młodzieżowych), że naprawdę ich liczba robi wrażenie. Owa wyjątkowość polega też na tym, że czuję między nami porozumienie dusz w kwestii podejścia do okładek – bo o ile podobać mogą nam się odmienne rzeczy, to do tematu opraw podchodzimy dokładnie tak samo.

***

Mój wydawca całkiem oficjalnie mówi, że jestem najgorsza… jeśli chodzi o okładki. Nie chcę przesłodzonych, nie chcę z kobiecymi twarzami (bo przecież co druga jest z twarzą… a poza tym, gdzie pole dla wyobraźni, podsuwającej czytelnikowi obraz głównej postaci?). Nie chcę z dziesięcioma małymi elementami. Nie chcę żadnej… dopóki nie zatka mnie z wrażenia, że tak, ta, właśnie ta!

Nie znoszę, kiedy ilustracja na okładce powtarza to, co mówi już tytuł. Powiedzmy, że mamy powieść „Listy od eks”. I co? Na zdjęciu plik kopert, adresowanych odręcznie, nieco pożółkłych? Pierwsza z nich, dodatkowo, przedarta na pół? Oczywista oczywistość, jak mawiał klasyk. „Noc błękitnych róż” – i na okładce lecące po nocnym niebie, w blasku księżyca, błękitne płatki kwiatów, a pod nimi przytulona para. No nie. Nieeee. Lubię okładki, które dyskutują z tytułem i treścią książki, coś dopowiadają, o coś się kłócą… Okładki z tajemnicą, obietnicą, zaskoczeniem. A przede wszystkim: nie przeładowane, nie zapchane wieloma elementami. Raczej minimalistyczne niż projektowane „na bogato”.

Trudno mi było wybrać osiem. Tylko osiem, tych najpiękniejszych. Postawiłam więc na książki, których jeszcze nie przeczytałam – żeby ich treść nie miała na mnie żadnego wpływu.

“Quidditch przez wieki” J. K. Rowling (Wydawnictwo Media Rodzina)

Jestem fanką Harry’ego Pottera. Psychofanką nawet. Jedną z tych, które czekały na otwarcie amerykańskiej księgarni w Warszawie bladym świtem, żeby dopaść ostatni tom w dniu światowej premiery – a potem czytały ostatnie strony (tak, zaglądam na koniec książek… nawet kryminałów!), siedząc na krawężniku, z wypiekami na twarzy. Byłam całkiem dorosła, kiedy zaczęło się to szaleństwo. A jednak to właśnie ja, gdy zorganizowano o północy polską premierę jednego z wcześniejszych tomów, chodziłam po ulicach w masce Voldemorta – przez co moja przyjaciółka do dziś mówi do mnie pieszczotliwie Voldie. „Quidditch przez wieki“ to jedyna książka Rowling (łącznie z tymi dla dorosłych), której jeszcze nie przeczytałam, choć mam ją na półce od wielu lat. Uwielbiam minimalizm tej okładki, kolorystykę, delikatne pobłyskiwanie złotych obręczy… Kiedy popatrzę na nie nieco dłużej, mam wrażenie, że zaraz dostrzegę gdzieś znicz, trzepoczący złotymi skrzydełkami.

Historia pszczół” Maja Lunde (Wydawnictwo Literackie)

Wybór tej książki dobitnie świadczy o moim masochiźmie. Jestem alergiczką. Jedna pszczoła wystarczy, żeby mnie zabić. Brzęczenie wywołuje u mnie nerwowe drgawki. W torebce mam adrenalinę, a w oknach moskitiery. A jednak nie mogę oderwać wzroku od okładki „Historii pszczół”. Znowu ten cudowny minimalizm, dobór kolorów… faktura taka, że mam wrażenie, że mogłabym pogłaskać delikatne futerko pszczoły. Wierzę, że patrząc na tę okładkę ludzie zastanowią się przez moment: Ale o co chodzi? Zajrzą, przeczytają choćby tych kilka zdań z tyłu… a potem, kto wie, może zrozumieją, jak ważne są te owady dla nas… dla świata? Może tak się przejmą, że adoptują pszczołę? Albo przynajmniej nie zabiją tej, która wyląduje na ich parapecie. I nie będą krzyczeli na jej widok „Osa!!!“.

Pięć czaszek” Tomasz Konatkowski (Wydawnictwo W.A.B.)

Uwielbiam czytać kryminały. Nie znoszę okładek, na których gęsta krew kapie z ostrza zardzewiałego noża, albo czyjeś dłonie zaciskają się na szyi dziewczyny o szeroko otwartych, przerażonych oczach. Dlatego bardzo podobają mi się okładki do warszawskich kryminałów Tomka Konatkowskiego – każda z nich pokazuje kawałeczek stolicy, który pojawia się w książce. Ostatniej, piątej już powieści o inspektorze Nowaku zatytułowanej „Pięć czaszek” jeszcze nie przeczytałam, ale lubię ją od pierwszego wejrzenia – za tę okładkę właśnie. Zachwyca mnie sprytny zabieg grafika z niby-to-policyjną żółtą taśmą, na której nadrukowany jest tytuł. Ale najbardziej podoba mi się stylizowane zdjęcie rzeźby, która stała przez 49 lat u zbiegu Kasprzaka i alei Prymasa Tysiąclecia (zwanej poprzednio aleją Rewolucji Październikowej). Książka zapewne (znając Konatkowskiego) jest ponura do bólu, ale okładka budzi mój uśmiech. Po pierwsze dlatego, że przypomina mi film „Nie lubię poniedziałku”, w którym na moment się pojawiła. A po drugie dlatego, że zawsze widziałam ją wracając z rodzicami z wakacji. Wtedy wiedziałam, że już za momencik będę w domu. Ostatnio jechałam Kasprzaka – rzeźby już nie ma. Na szczęście nie została przetopiona na ćwierćcalowe dreblinki rodem z filmu. Stoi kawałek dalej, na skwerku u zbiegu Kasprzaka i Wolskiej, razem z kilkoma innymi dziełami sztuki. Przy okazji poszukiwania informacji o tym, gdzie się podziała, dowiedziałam się, że nosi tytuł „Melodia”, a jej autorką jest Elżbieta Rolke-Misztal.

Przewodnik wędrowca” Tristan Gooley (Wydawnictwo Otwarte)

Nie umiem znaleźć na niebie Wielkiej Niedźwiedzicy, nie odróżniam śladów rysia od śladów wilka, a nawet śladów mojego psa od śladów kota sąsiadów. Umiałabym może skorzystać z kompasu (nie próbowałam) i znaleźć mech na pniu drzewa, żeby określić północ – ale ostatnio słyszałam, że to jakaś ściema i że ten mech nie zawsze rośnie po północnej stronie. A więc, jednym słowem, jestem beznadziejna w kwestii odczytywania subtelnych sygnałów, dawanych przez Matkę Naturę. I pewnie dlatego tak mnie zachwyca okładka „Przewodnika wędrowca“. Jest obietnicą Wielkiej Przygody, emanuje z niej niezwykła harmonia. Kreska kojarzy mi się z japońskimi rycinami, które uwielbiam. No i (nie pytajcie, dlaczego) jestem absolutnie przekonana, że zza tej góry na horyzoncie wyjdzie Włóczykij z Małą Mi na kapeluszu i zagra mi coś na swojej harmonijce.

“Nietypowy typ” Tom Hanks (Wielka Litera)

Rozkosznie oldskulowa, bezpretensjonalna, narysowana prościutką kreską, z liternictwem, które niczego nie udaje, kontrastowymi kolorami, które nie pozwalają jej przegapić. „Nietypowy typ“ kojarzy mi się ze starym plakatem, pudełkiem zapałek albo okładką tygodnika z lat 70. Ciekawa jestem, czy Tom Hanks pisze równie dobrze, jak gra w filmach. Na pewno dam szansę tej książce. Choćby dlatego, że uczyłam się pisać na maszynie właśnie na takim starociu, jak ten okładkowy. Paznokcie łamały się między klawiszami, a hałas przyprawiał sąsiadów o ból głowy.

Wszystkie kwiaty Alice Hart” Holly Ringland (Wydawnictwo Marginesy)

Zawsze uwielbiałam stare ryciny z ziołami, kwiatami, owocami. Najchętniej obwiesiłabym nimi cały dom. Od czasu, kiedy pisałam „Sanatorium pod Zegarem“ i musiałam zainteresować się solidnie botaniką oraz roślinami przedstawionymi na starych obrazach, moja miłość do takich florystycznych motywów jeszcze się nasiliła. „Wszystkie kwiaty Alice Hart“ wciągają mnie do jakiegoś fantastycznego ogrodu, w którym chciałabym siedzieć i czytać, i czytać. I malować kwiaty, dojrzałe jabłka, pękające granaty…. Ach, gdybym tylko umiała! Dodatkowy plusik za czarne tło, które pięknie z tą feerią barw kontrastuje. W ogóle lubię czarne tła, chociaż wydawcy trochę się ich boją. I jeszcze jeden plusik, całkiem subiektywny – ten różowy wielki kwiat na dole okładki to protea, symbol RPA (choć książka rozgrywa się, z tego co czytam w opisie, w Australii). RPA to kraj, gdzie zostawiłam spory kawałek serca, a więc na widok protei ten, który wciąż mam przy sobie, od razu zaczyna bić szczególnie żywo. Minusik z kolei za zbyt wydziwioną czcionkę tytułu. Wolałabym proste litery w tym bogactwie roślin… One wiją się tak pięknie, że tytuł już nie musi tego robić.

Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler (Novae Res)

Lukrowane powieści świąteczne z okładkami pełnymi pierniczków, płatków śniegu, latarenek wskazujących drogę wędrowcowi i zapakowanych misternie prezencików budzą u mnie przemożną chęć ucieczki. Zawsze jednak wydawało mi się, że nie da się inaczej. Bo jak pokazać Święta bez słodkich skojarzeń? Nie da się, prawda? Ależ oczywiście, że się da! Udowadnia to okładka zimowej powieści Magdy Knedler. Przekorny tytuł „Nie całkiem białe Boże Narodzenie“ i trupie czaszki wplecione w norweski wzorek, oszczędna kolorystyka… Mniam! Zero lukru! A, znając Magdę, treść też zapewne niczego sobie…

Lab girl” Hope Jahren (Wydawnictwo Kobiece)

Ta okładka przykuła moją uwagę w dworcowej księgarni. Dosłownie wołała mnie przez szybę. Jest na niej wszystko to, co lubię, czyli monochromatyczność, prostota – czy wręcz asceza… Rozmowa tytułu i ilustracji, ich zgranie… No i moje ulubione motywy roślinne (znowu!)… Dodatkowy plus za nietłumaczenie na siłę tytułu na polski – rozwiązanie z podtytułem wydaje się przy „Lab girl“ dużo rozsądniejsze.

***

Pani Liliano, dziękuję bardzo!

Która okładka Wam przypadła do gustu?

 

Może Ci się również spodobać: