Recenzje

„Kręgi”
Zbigniew Zborowski

przez

Czy ja już kiedyś pisałam, że coraz rzadziej sięgam po kryminały? Nie dlatego, że przestałam je lubić, ale dlatego, że coraz mniej mnie zaskakują. To taki rodzaj literatury, w którym wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, logiczne i bardzo dobrze skoordynowane. Nie może być mowy o utracie kontroli nad wydarzeniami czy bohaterami, bo jak się coś w jednym miejscu „rozlezie”, to później ciężko to ze sobą zszyć, a kończy się tym, że uważny czytelnik dostrzeże nieścisłości. Do pisania kryminałów trzeba mieć dryg, a nie każdy go ma. Pewnie właśnie dlatego nigdy nie sięgnęłam po pierwszą część cyklu o Bartoszu Koneckim, bohaterze kryminałów Zbigniewa Zborowskiego. Miałam obawy co do tego, czy kolejne nazwisko w „panteonie” polskich kryminalistów jest w stanie cokolwiek zmienić w moich odczuciach. Ominęłam Skazę, ale wiedziona przeczuciem i dobrymi opiniami na temat pióra autora, obok Kręgów – drugiej części cyklu – nie mogłam przejść obojętnie. Na szczęście brak znajomości początkowych przygód Koneckiego wcale nie zepsuł mi lektury.

Zbigniew Zborowski zabiera nas w podróż po Warszawie. Nie mam na myśli tutaj jedynie podróży w rozumieniu przestrzeni, ale także – a może przede wszystkim – podróż w czasie, bowiem akcję Kręgów autor oparł na dwóch płaszczyznach czasowych: teraźniejszej oraz początku lat dziewięćdziesiątych. Już sam ten fakt stanowi dla mnie duży plus. Nie wiem dlaczego, ale powieści, które są temporalnie podzielone, częściej przypadają mi do gustu. Wiem, że nie dla wszystkich stanowi to atut, jednak mnie po prostu bardzo dobrze czyta się takie teksty. Drugi duży plus przyznałam autorowi za pomysł na fabułę. Zborowski zaczyna z tak zwanej „grubej rury”, serwując czytelnikowi gęsią skórkę już od pierwszych stron. Później jest równie dobrze, choć czasami mogłoby być krócej. Momentami odnosiłam wrażenie, że czytam dwukrotnie to samo, a można było spokojnie tego uniknąć, skracając niektóre fragmenty. Jednak nie uwierało mnie to na tyle, by nie dać porwać się śledztwu.

Zaczynamy od tego, że w parku zostaje znalezione ciało nastolatki. Sposób, w jaki obszedł się z nią zabójca, do złudzenia przypomina sprawę sprzed wielu lat. Co prawda winny został ukarany, aczkolwiek pojawiają się nowe wątki, które Konecki – z racji swojego dobrego detektywistycznego (czy też policyjnego) nosa – szybko próbuje rozwikłać. Odstawiając powoli wszelkie psychotropy, zaczyna prowadzić śledztwo, w które tak mocno zostanie uwikłany, że w pewnym momencie sam stanie w centrum wydarzeń. Pisarz serwuje nam bardzo wiele zwrotów akcji, mieszając co chwilę podejrzanych z winnymi. Swoimi delikatnymi sugestiami wodzi czytelnika za nos, wywołując mętlik w głowie. Na szczęście robi to w na tyle wyważony sposób, że nie czułam się zagubiona.

I wreszcie bohater. No cóż. Były policjant z przeszłością, która przyczyniła się do jego wydalenia ze służby, próbujący zabić sumienie i jakikolwiek wewnętrzny głos poprzez zażywanie na akord psychotropów. Zasadniczo dobry człowiek, ale niekoniecznie chcący się z tą swoją dobrocią obnosić. Zamknięty w sobie, w moim wyobrażeniu średnio przystojny (o dziwo!), z brzuszkiem poniżej pasa. Na pewno nie jest typem amanta i za to akurat dziękuję autorowi, bo takowych mam po kokardę. I choć o oryginalności Bartosza Koneckiego trudno mówić, to jakoś się polubiliśmy.

Kręgi, pomimo swoich gabarytów, są lekturą na maksymalnie dwa dni. Wciągają i uzależniają. Ciągłe kluczenie w labiryncie, jakim jest prowadzone przez detektywa śledztwo, nie pozwala odłożyć książki na dłuższy czas. Machlojki, koneksje, kłamstwa, oszustwa, wymuszenia, haracze, biznes, media – mamy tu absolutnie wszystko. Warto sięgnąć po tę książkę, żeby mieć okazję odkryć kolejnego polskiego „kryminalistę” wartego uwagi. Według mnie Zbigniew Zborowski naprawdę z wielką pompą zaznaczył swoją obecność na arenie autorów, którzy kojarzeni są głównie z tym gatunkiem. Mam nadzieję, że utrzyma poziom i kolejna część (bo jakoś tak mam przeczucie, że się pojawi) będzie równie dobra albo i lepsza.

 

Może Ci się również spodobać: