post-image
Recenzje

„Elegia dla bidoków”
J.D. Vance

Szeroka droga przecinana pasami, po których śpieszą ludzie zapatrzeni w najnowsze telefony komórkowe, co chwilę spoglądający na zegarek z miną cierpiętnika spóźniającego się na bardzo ważne spotkanie biznesowe. Pełen luz w kwestii ubioru – od szytego na miarę garnituru po kolorowe „nie wiadomo co” luźno narzucone na ciało. Taksówki sunące jedna za drugą z kierowcami, którzy nie muszą się martwić o kurs. Wieżowce, apartamentowce, oszklone drapacze chmur, które wcale nie przytłaczają mieszkańców miasta, a jedynie robią ogromne wrażenie na turystach. Ciągły ruch, zapach ogromnego miasta, tłum, a wszystko to „przystrojone” kakofonią, która nikomu nie przeszkadza – co najwyżej onieśmiela turystów. Tak kojarzy mi się Nowy Jork wraz z jego mieszkańcami. Widzę ich spełniające się marzenia o lepszej pracy, ich możliwości i – wydawałoby się – brak problemów. Są uosobieniem słynnego „american dream”, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu był dla nas czymś nieosiągalnym. Jak jest teraz? Co myślą o tym Amerykanie? Czy rzeczywiście jest im tak dobrze w kraju, który dla wielu z nas przez lata stanowił ideał?

post-image
Recenzje

„Układanka”
Natalia Nowak-Lewandowska

Daleko mi do Beaty Kozidrak, ale muszę za nią powtórzyć – siedzę i siedzę, myślę i myślę. Dokładniej – zastanawiam się, jak zacząć tę recenzję, żeby było fajnie, z przytupem, interesująco. Żeby buty spadły, a najlepiej, żeby opublikowano ją w gazetach, mówili o niej w telewizji i w ogóle, żeby na mnie i na autorkę książki, o której będzie mowa, spłynęła gloria i chwała. Tymczasem jedyne, co przychodzi mi do głowy to to, że przede mną bardzo trudne zadanie. Przyznaję – to jedna z najtrudniejszych recenzji, jakie dotychczas przyszło mi pisać. Nie chodzi o to, że nie wiem co napisać, bo przecież ja zawsze mam coś do powiedzenia, zawsze wtrącam swoje trzy grosze. Absolutnie każda książka wywołuje jakieś emocje czy wrażenia, o których można rozmawiać godzinami. Rzecz nie w tym, że zastanawiam się, czy warto polecić recenzowaną dzisiaj książkę czy też nie. Przecież warto – jestem absolutnie pewna. Chodzi o to, że – poza sporą grupą ludzi, do których trafi ten tekst (zasięgi mi rosną, ależ się cieszę!) – przeczyta ją Natalia Nowak-Lewandowska, a przecież to jej dotyczy ta recenzja. Natalii i jej najnowszego dziecka, „Układanki”. Może po kolei… może najpierw opowiem Wam coś o samej książce, a potem wytłumaczę, na czym dokładniej polega moja niezręczność.

post-image
Recenzje

„Surogatka”
Louise Jensen

Instynkt macierzyński to dziwna sprawa. Właściwie to nawet nie ma jednoznacznej definicji, co to takiego. Wiadomo tylko, że jedne kobiety go mają, inne nie. Jedne marzą o byciu matką odkąd mniej więcej uświadomią sobie, co to oznacza. Inne zrobią wszystko, aby spotkanie z niemowlęciem odłożyć w czasie, najlepiej na zawsze. Znam też przypadki całkowitych przeciwniczek macierzyństwa w ich wykonaniu, które – po spojrzeniu w twarz nowo narodzonego dziecka – przedefiniowały cały swój światopogląd, zakochując się w maleństwie i podporządkowując mu absolutnie cały swój świat na wiele lat. Z przykrością stwierdzam, że kobiety głoszące wszem i wobec, że nie wyobrażają sobie siebie w roli mamy, często spotykają się z ostracyzmem. Osobiście uważam, że należy im się szacunek za odwagę powiedzenia głośno tego, co nie współgra z ogólnie przyjętą normą. Kolejnym tematem tabu są kobiety, które instynkt macierzyński może i mają rozwinięty, ale nie mają na kogo przelać swojej miłości, bowiem nie mogą mieć dzieci. Z tym niezwykle trudnym tematem zmierzyła się Louise Jensen w swoim najnowszym thrillerze „Surogatka”.

post-image
Doceniam okładki

Maciej Szymanowicz

Tym razem na wtorkowe “występy” zaprosiłam Macieja Szymanowicza. Uzasadnienie, dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, by przyjął moje zaproszenie, podałam w zeszłym tygodniu, ale bardzo chętnie się powtórzę. Właściwie to zacytuję samą siebie “Maciej Szymanowicz – genialny ilustrator, którego wielbię i publicznie się do tego przyznaję  Jego ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki! Jest mi niezmiernie miło, że – jako ilustrator, projektant książek i twórca plakatów teatralnych  – weźmie udział akurat w tym cyklu. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo przebieram nogami?”. Przebierałam nogami do dzisiejszego wczesnego poranka, kiedy to odebrałam wiadomość, w której znajdowały się wybrane okładki. Zgodnie z moimi przypuszczeniami – jest nietuzinkowo, oryginalnie i pięknie. To, że Pan Maciej pięknie rysuje, wiedziałam nie od dziś. Jednak to, jak pisze… mówiąc kolokwialnie – rozwaliło mi konstrukcję. 

post-image
Recenzje

„Pierwszy bandzior”
Miranda July
recenzja przedpremierowa

Doświadczyliście kiedyś jazdy kolejką górską? Taką prawdziwą, ogromną, która wywracała do góry nogami Wasz żołądek w kilka sekund po starcie? Mam na myśli kolejkę, która zwalnia na podjeździe, by za chwilę z impetem prasnąć w dół, wywołując wrażenie, że to już na pewno koniec Waszego żywota? Jeśli tak, to nie zazdroszczę – ja boję się wszystkiego, co pędzi w zawrotnym tempie, wywraca mną we wszystkie strony i sprawia, że czuję się jak szmaciana lalka. Zarówno takim jak ja – bojącym się wysokości, gwałtownych zawrotów, stroniącym od wesołych miasteczek oraz takim, jak i wszystkim uwielbiającym roller coastery mogę polecić niespokojny, pełen emocji czas z Mirandą July i jej „Pierwszym bandziorem”. Wrażenia podobne, choć dla mnie o wiele bardziej przystępne, bo… przepraszam za wyrażenie – aż tak bardzo nie trzęsie tyłkiem w powietrzu.