post-image
Doceniam okładki

Agnieszka Lingas-Łoniewska

Mimo Świąt, bardzo nie chciałam ominąć cyklu “Doceniam okładki”. Cieszę się podwójnie, bo w świątecznym wydaniu bawi się z nami Agnieszka Lingas-Łoniewska.

post-image
Recenzje

„Cztery płatki śniegu”
Joanna Szarańska

Ciężko się zaprzyjaźniam. Zazwyczaj potrzebuję czasu, żeby nabrać zaufania, pewności i przekonania, że warto. Pasują mi ci, którzy rozumieją, że moim jedynym zajęciem nie jest odpisywanie na każdą wiadomość w ciągu kilku minut. Odpowiada mi, kiedy ludzie zdają sobie sprawę, że przyjaźń nie oznacza streszczania swojego dnia co wieczór do słuchawki telefonu lub poprzez różnego rodzaju aplikacje. Uwielbiam, gdy przyjaciele szanują mój czas i rozumieją, że kiedy będą mnie naprawdę potrzebowali, to ja będę obok, a rozmawiać o przysłowiowej tylnej części ciała Maryni lubię, ale nie codziennie. Dlatego cenię przyjaźń z pisarzami. Żeby była jasność – nie gonię za nimi, nie wystawiam laurek mimo, że mi się nie podoba, nie czytam tylko tych, którzy mogą coś dla mnie zrobić. Zaprzyjaźniam się z nimi poprzez ich książki. Urzeczona okładką „Czterech płatków śniegu” Joanny Szarańskiej postanowiłam sprawdzić, czy jest nam po drodze.

post-image
Recenzje

„Powtórka”
Marcel Woźniak

Jak jest z emeryturą każdy wie – wszyscy czekają, mało kto dożyje, a ci, którzy dożyją, doczekają zapewne śmierci głodowej. W dużym uproszczeniu – przynajmniej mam taką nadzieję. Przede mną ponad trzydzieści lat pracy, ale – jak to w Polsce – pewności nigdy nie ma. Może się zdarzyć, że popracuję jeszcze i czterdzieści. Albo ukradnę pierwszy milion i zostanę młodą emerytką w wieku trzydziestu kilku lat. Będą o mnie pisać w gazetach, zasiądę na niewygodnej, ale niezwykle designerskiej sofie w pewnym porannym programie (albo i dwóch) i będę opowiadać o tym, jak to jest mieszkać od czerwca do sierpnia na jachcie, jeździć Maybachem i oczywiście od czasu do czasu wspierać kraje trzeciego świata. 

post-image
Recenzje

„Pensjonat pod Świerkiem”
antologia

Już od kilku lat zastanawiam się, jakby to było spędzić Święta Bożego Narodzenia inaczej. Bez oblodzonych chodników, bałwana i mrozu minus piętnaście. Bez porannego syczenia na skrobanie szyb, ziąb w aucie oraz sztywniejące palce u nóg. Bez otwierania oczu wraz z dźwiękiem budzika, gdy za oknem jeszcze ciemno. Bez codziennego „jak mi się nie chce”… Dobra, zapędziłam się. To akurat niezależnie czy są święta, czy też środek lata. „Jak mi się nie chce” jest ponad porami roku.