Doceniam okładki

Maciej Szymanowicz

przez

Tym razem na wtorkowe “występy” zaprosiłam Macieja Szymanowicza. Uzasadnienie, dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, by przyjął moje zaproszenie, podałam w zeszłym tygodniu, ale bardzo chętnie się powtórzę. Właściwie to zacytuję samą siebie “Maciej Szymanowicz – genialny ilustrator, którego wielbię i publicznie się do tego przyznaję ? Jego ilustracje to prawdziwe dzieła sztuki! Jest mi niezmiernie miło, że – jako ilustrator, projektant książek i twórca plakatów teatralnych  – weźmie udział akurat w tym cyklu. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo przebieram nogami?”. Przebierałam nogami do dzisiejszego wczesnego poranka, kiedy to odebrałam wiadomość, w której znajdowały się wybrane okładki. Zgodnie z moimi przypuszczeniami – jest nietuzinkowo, oryginalnie i pięknie. To, że Pan Maciej pięknie rysuje, wiedziałam nie od dziś. Jednak to, jak pisze… mówiąc kolokwialnie – rozwaliło mi konstrukcję.

***

Nie. Nie obiecuję, że opowiadając o okładkach nie będę miał w tyle głowy tego, co jest dalej, głębiej – co jest za okładką. Okładka jest obietnicą. Zapamiętuję te okładki, które okazały się obietnicami spełnionymi. Okładki-przestrogi ominiemy dziś szerokim łukiem.

Patrząc na mój wybór przeokładek widzę, że pokazując jakie okładki lubię pokazuję kim jestem. Taki psychotest. A może wcale nie…? Może to tylko nieśmiałe wołanie o więcej ciszy w łoskocie obrazków, które nas zalewają z coraz większą bezwzględnością….?

Dziś okładka ma krzyczeć, napadać, wgryzać się w mózg tak głęboko, by dokopać się do kieszeni. Jeśli jest ładna, może stać się lepsza niż ładna – wystarczy dodać czerwony napis. Taką okładkę można dodatkowo ulepszyć dodając pod tytułem zdanie podkreślające niewiarygodną zawartość książki. I już jesteśmy w okolicach ideału, do którego już tylko jeden maleńki krok: kółeczko, w nim kilka słów i zgrabny liczebnik.

Straszne…? Niekoniecznie. Nie ma co się obrażać. Chyba lepiej cieszyć się tym, co ładne niż psuć sobie nastrój tym, co uwiera oko (zawsze można je przymknąć na moment). Poza tym z radością stwierdzam, że w polskim państwie okładkowym dzieje się coraz lepiej. Przynajmniej z mojego bardzo subiektywnego punktu widzenia (innego niestety nie posiadam…). Choć z jakichś powodów autorami wszystkich wybranych przez mnie okładek są nie-za-bardzo-Polacy.

I taki nieśmiały, bo banalny cytat-wytrych na koniec: „okładki są po to, żeby się podobały, a nie po to, żeby były dobre”. (autor zmyślony)

Breakfast, Lunch, Tea: The Many Little Meals of Rose Bakery

Wydawnictwo Phaidon Press Limited, Projekt: Kerr | Noble

Okładka książki kulinarnej bez apetycznej fotki…? Niemożliwe! Niewiele jest na tej okładce i niewiele jestem w stanie o niej napisać. Zachwyciła od pierwszego wejrzenia. W Amazonie widzę wersję z nalepionym srebrnym kółkiem (!). Ja mam bez kółka. Zastanawiam się, ile wersji projektu powstało nim klepnięto tę finalną. I czy kolor zielony wymyślono od razu, czy był w założeniach, czy może projektant musiał robić 15 wersji (w tym czerwoną w trzech odcieniach)…? I czy ktoś się wtrącał, czy autor okładki miał wolną rękę…? Odtworzenie tej okładki, ustawienie literek zajęłoby sprawnemu grafikowi 5 minut. Lubię sobie wyobrażać, ile czasu, ile osób, ile wątpliwości i ile twórczych uniesień zaangażowano w ustawienie tych 27 czarnych liter na gładkim, zielonym tle. Aha – jeszcze logo. Ciekawe, czy powiększali…?

My HOUSE, Delphine Durand

Wydanie oryginalne ROUERGUE edition, wydanie angielskie Wingedchariot przy współpracy Arts Council England i Ministerstwa Spraw Zagranicznych Francji, Projekt: Delphine Durand

Do dziś nie wiem, jak się wymawia „Rouergue” i było z tym trochę kłopotów, gdy chciałem komuś o tym wydawnictwie opowiedzieć. A było to w czasach, gdy jeszcze nie ilustrowałem. Marzyłem o tym nieśmiało, a niemal wszystkie pozycje ze stajni Rouergue płoszyły mi motyle w brzuchu i – oględnie mówiąc – inspirowały i zachwycały. Ale to właśnie okładka „Mojego domu” została mi pod powiekami do dziś. Kocham okładki nietknięte fontem, kocham rysowane i malowane literki. I kocham maleńkość tytułowego domku na okładce książki pani Delfiny. A może on wcale nie jest mały, tylko jest bardzo daleko…? Do dziś nie wiem.

Gdzie jest moja czapeczka? Jon Klassen

Wydanie polskie Wydawnictwo Dwie siostry, Projekt: nie wiadomo; podejrzewam autora, ale liternictwo w polskiej wersji jest nieco inne niż w oryginalnej

Na okładce nie ma czapeczki, więc wszystko się (nie) zgadza. Ta okładka to wybitny przykład spełnionej obietnicy. I właściwie pierwsza strona książki. Tu zaczyna się opowieść – poszukiwanie odpowiedzi na tytułowe pytanie jest motorem napędowym akcji. Nic nadzwyczajnego, ale… ten motor okazuje się być perpetum mobile. Można czytać/oglądać tę książkę w kółko. A okładkowy jakbymiś jest multiplikowany w książce wiele razy. Okładka okazuje się być pierwszą frazą repetycji, która jest zasadą konstrukcji całej książki. Ta książka nie mogła mieć innej okładki.

Atlas wysp odległych, Judith Schalansky

Wydanie polskie (znowu!) Wydawnictwo Dwie Siostry, Projekt: Judith Schalansky

Mmmmm…. płócienny grzbiet. Genialne liternictwo (na okładce wydaje się proste, ale w środku okazuje się, że jest to bardzo odważny, wręcz nonszalancki, a przy tym niezwykle udany projekt typograficzny). Jest szlachetnie, zmysłowo, przepięknie i…. Pusto. Bo na tym polegają odległe wyspy – są otoczone mokrą i kłopotliwą pustką. Ale widzę coś pięknego w tym, że autorka nie pozostawiła okładkowej wyspy samej sobie. Dała jej małą i nieodległą towarzyszkę. Ciekawe, czy te okładkowe wysepki się lubią…? Mimo, że okładka jest pusta i nie za bardzo kolorowa, jest w niej niesamowite napięcie. Zawsze mam ochotę przesunąć tę małą wyspę. Ona jest w złym miejscu. Powinna być niżej, bardziej w lewo, potem pewnie miałbym ochotę przesunąć większą wyspę bardziej na środek, potem… (…)

 

CLOTH LULLABY, Isabelle Arsenault

Abram Books For Young Readers, Projekt: (prawdopodobnie) Chad W. Beckerman, ilustracja Isabelle Arsenault

Znowu literki pisane dłonią, znowu płócienny grzbiet. I zachwycająca ilustracja. Delikatna i agresywna jednocześnie. Nie bardzo czuję się na siłach, by coś o tej okładce więcej napisać – działa na mnie podprogowo, jak wszystko, co pani Isabelle rysuje. Jest w tym jakaś zachwycająca niedokończoność, jest jakieś nieumienie, jest wrażenie, że namalowane to wszystko na pół gwizdka, że mogłaby dużo więcej, ale tyle wystarczy, żeby zachwycić. Pacnięte to wszystko ledwo farbą albo nasmarowane jakimś pisakiem, litery jakieś za cienkie, kwiatki prymitywne… Jednym słowem: arcydzieło.

Illustrators Annual XXXX: Bologna Children’s Book Fair

Wydawca: Maurizio Corraini s.r.l., Projekt: Pietro Corraini & Corrainistudio

 Na półce mam edycje 2015 i 2017. Miękka oprawa, ale otulona obwolutą z grubej, transparentnej folii z nadrukowanym na niej tytułem. Po zdjęciu obwoluty możemy podziwiać okładkową ilustrację w pełnej krasie, która – jeśli zachodzi taka potrzeba – rozciąga się na szerokie skrzydełka. Oglądanie okładki tej serii to prawdziwy rytuał – wymaga uruchomienia górnych kończyn i głowy. A na okładce ilustracja – podana z szacunkiem, a przecież zwykle przeniesiona z zupełnie innego kontekstu. Zadanie niełatwe. Ale wykonane genialnie.

Myślenie architekturą, Peter Zumthor

Polskie wydanie: Wydawnictwo Karakter, Projekt: Hannele Grönlund

Płótno, tłoczone litery i… już. Klasyka tak rzadko dzisiaj odgrywana. Wyraz absolutnego szacunku dla zawartości książki i świadomości czytelnika. Niczym się nie trzeba podpierać, nie trzeba krzyczeć. Trochę pewnie kosztuje – taniej nadrukować sto kolorów niż okleić jednolitą tkaniną i wytłoczyć proste litery. Okazuje się jednak, że można. I wierzę, że warto. Ta książka to pierwszy z brzegu mojej półki przykład. Szczęśliwie są w Polsce wydawnictwa, które sprawiają, że takich przykładów jest więcej.

***

Ja to chyba przemilczę. Laikowi ciężko komentować majstersztyk. Panie Macieju – dziękuję bardzo!

Powiedzcie, czy podoba się Wam tak jak mnie?

A za tydzień swój zestaw okładek pokaże nam Maciej Siembieda – dziennikarz i pisarz, autor świetnej książki “444”. Już niebawem premiera nowej książki Pana Macieja – “Miejsce i imię”. Zapraszam jak zawsze bardzo serdecznie.

Może Ci się również spodobać: